wtorek, 4 września 2012

095 - Robert McCammon - Magiczne Lata

Tytuł: "Magiczne Lata"
Autor: Robert McCammon
Wydawnictwo:  Papierowy Księżyc
Ilość stron:
Data premiery: 2012-06-06
Numer wydania: I
Okładka: miękka



W twórczości Amerykanów jest coś takiego za co można kochać lub nienawidzić. Z jednej strony uwielbiają rozpisywać się o zamierzchłych czasach, gdy niemal miód rzekami płynął, a z drugiej sami swoją historię grzebią przedziwnymi, nonsensownymi historiami. I to coś również jest obecne w "Magicznych Latach" Roberta McCammona, którą to ostatnio miałem okazję przeczytać...

Autor oczami młodego chłopca z prowincjonalnej Ameryki lat '60. opisuje tamtejsze życie. Zgłębia tajemnice dziecięcych przygód, marzeń, zmartwień i wyobrażeń. Narratorem całej historii jest Cory Mackerson, który czasem naiwnie patrzy na świat dorosłych w małym miasteczku Zephir. 
Jak przeczytałem we wprowadzeniu na początku miała być powieść kryminalna z dreszczykiem, ale autor wplótł w to jeszcze powieść o latach dojrzewania i urokami z tym związanymi. 

Jest to dość odważna decyzja, mając na uwadze fakt, że wątek tajemniczego zabójstwa nad miejscowym Jeziorem Saksońskim unosi się jak widmo nad całą powieścią. Nie odgrywa większej roli przez całą powieść, ale co rusz autor sypie wskazówkami, bądź wprowadza nas do jednego słusznego finału. Mimo, że tą częścią kryminalną McCammon zamydla oczy czytelnikom, nie sposób dodać, że większą partię "Magicznych Lat" stanowi opis codziennych zajęć młodego Cory'ego.
Zastanawiać może jednak fakt wplątania w to wszystko motywu magii. Prawdą jest, że te czary są jedynie na pozór, a za nimi kryje się prawda na pewne treści. Raz jest to tajemnicza Dama, która pokazuje jak dać wiarę ludziom, mimo zwyczajnych środków, jakimi dysponuje. Następnym razem jest to Stary Mojżesz, jako uosobienie wszelkich obaw mieszkańców Zephir pod postacią złowieszczej ryby.

"Magiczne Lata" to naprawdę długa historia. Motyw główny ciągnie się aż do ostatniej strony, ale autor wplata w to mnóstwo wątków pobocznych. Ja wiem, że ta książka nie ma prawa walczyć o czytelników z opowieściami fantasy, w których akcja nieźle przybiera na rozpędzie. Robert McCammon wyszedl jednak z założenia, że "Magiczne Lata" musi osiągnąć atmosferę taką jak miasteczka, które opisuje - czas płynie tu wolno, nikomu się nie śpieszy. Efekt ten osiągnął, ale w ten sposób zraził do siebie czytelników, którzy szukają w książkach zapierającej dech w piersiach akcji. Tutaj takowej nie znajdziecie.

Nie jest to powieść jak "Mikołajek", który od razu przyszedł mi na myśl przy okazji tej pozycji. W "Magicznych Latach" znaleźć można głębsze przemyślenia na temat dzieciństwa, jak i całego życia. Nie kipi humorem jak wyżej wymieniona książka, ale przenosi najważniejsze treści w sposób lekki i przyjemny. Robert McCammon może i nie stworzył coś, co można by porównywać do "To" Stephena Kinga, ale jestem przekonany, że ta powieść znajdzie swój krąg odbiorców. Przecież zawsze historie z lat młodości czyta się z wielkim uśmiechem na ustach. A na koniec przychodzi tylko pytanie czy zazdrościć mu przeżyć czy docenić swoje własne historie...


czwartek, 16 sierpnia 2012

093 - Simon R. Green - Człowiek Ze Złotym Amuletem








Tytuł: "Człowiek Ze Złotym Amuletem
Autor: Simon R. Green
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 491
Data premiery: 2012-05-08
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Numer wydania: I
 

 "Człowiek ze Złotym Amuletem" to historia, która nie ukrywa swojej inspiracji innym dziełem. Simon Green aż prosi się o porównanie do Jamesa Bonda, ale ja bym tak daleko z tym nie zachodził. Prawda, główny bohater używa pseudonimu Szaman Bond, no i spokojnie można nazwać go człowiekiem ze złotym amuletem, ale na tym moje porównania do słynnego szpiega jej królewskiej mości się kończą. Fani agenta 007 mogą być zawiedzeni, cała reszta czytelników - raczej nie.

A wszystko zaczyna się od tego, że Eddie Drood wypełnia jak co dzień zadanie, polegające na eliminowaniu magicznych stworów. Pod pseudonimem Szaman Bond wraz z niezastąpionym amuletem, który przemienia się w złotą zbroję, swoją drogą niezniszczalną,  sieje popłoch w szeregach wroga, zresztą jak cała rodzina, która stoi na straży porządku na Ziemi. Pewnego dnia zostaje wykluczony z rodziny i uznany za renegata. Dlaczego? Na te i na wiele innych pytań Eddie będzie chciał poznać odpowiedzi, a pomoże mu w tym niesławna (he he) Molly Metcalf.

Książka emanuje w akcję, ale nie stroni też od wciągających dialogów czy krótkich przestojów między jedną a drugą przygodą. Wszystkiego jest tu w umiarze i trudno odnieść wrażenie przesytu. Wprawdzie wyczerpany na skraju wytrzymania Eddie pędzi od jednego miejsca do drugiego, co może na początku irytować, ale później wszystko się wyjaśnia. Podczas jej lektury stwierdziłem, że na pewno interesująca byłaby jej ekranizacja, może nawet w formie miniserialu. To dobry materiał, który może znaleźć rzeszę odbiorców w dzisiejszych czasach. Jest magia, nietuzinkowy wątek miłosny i masa akcji. Z chęcią bym go obejrzał, choćby dla Molly, która wydawała mi się sympatyczna pod tą skorą wiedźmy i łajzy. Zdecydowanie najjaśniejszy punkt w sferze bohaterów, który dodawał mnóstwo kolorytu każdej scenie, w której się pojawiała.

Co do głównego bohatera to jego losy są niesamowicie poplątane, a wszystko rozwiązuje niczym Bond. Od jednej walki do drugiej, śmiertelna rana nie zabija go przez połowę książki, a wszystko oprawione ładną ramką z napisem "mam niezniszczalny amulet, kto mi podskoczy". I aż dziw, że złotego pancerza nie miał cały czas na sobie w widmie zagrożenia własnego życia. Chyba postąpiłbym inaczej.
W każdym razie jego zachowanie ciągle stanowiło dla mnie zagadkę, a nad głową pojawiał się napis "skąd, do licha, porównania do Bonda"? Ani on szarmancki, ni to pies na baby. Silą wcale się nie wyróżnia, a o garniturze żadnego słowa. Cóż, pozostaje to dla mnie tajemnicą, ale fakt faktem Eddie Drood zostałby moim kuplem, gdyby istniał. Jego zawziętość, chęć naprawy złego może inspirować, ale, ostrzegam, nie próbujcie tego co on!

Simon Green dostarczył mi sporą dawkę dobrej akcji z pogranicza fantastyki i sensacji. Na myśl o porównaniu przychodzi mi tylko seria o Harrym Dresdenie Jima Butchera, ale tamta była bardziej wyrafinowana. Tutaj autor nie cacka się z wyszukanymi sposobami uśmiercania i zadawania bólu. Wystarczy strzała, parę ciosów, a człek już leży. Jak nie, to znaczy, że ma złoty amulet...


wtorek, 31 lipca 2012

090 - Praca Zbiorowa - Zatrute Pióra. Antologia Kryminału

Tytuł: "Zatrute Pióra. Antologia Kryminału"
Autor: Anna Klejzerowicz, Krzysztof Koziołek, Romuald Pawlak, Agnieszka Lingas-Łowiecka, Gaja Grzegorzewska, Marcin Pilis, Robert Ostaszewski, Joanna Jodełka, Jacek Skowroński, Agnieszka Krawczyk, Lucyna Olejniczak
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 312


Nakładem wydawnictwa Replika wyszła książka, będąca podsumowaniem kilku ostatnich lat polskich pisarzy kryminałów, a jednocześnie wprowadzeniem do nowoczesnej formy kryminału, który opiera się na rozwoju techniki połączonym z tradycyjnymi motywami ścigania zbrodniarzy.. To, co znajdziemy w "Zatrutych Piórach" dla wielu okaże się skarbem - przecież swoją twórczość umieściło tam wielu znanych i cenionych autorów. I to właśnie oni postarali się dostarczyć czytelnikowi to, co pozwala temu szlachetnemu gatunkowi przetrwać pod naporem fantastyki czy lekkich obyczajów - pełną różnorodność. Bo przecież tajemnicę z podłożem kryminalnym znaleźć można na każdym kroku...

11 pisarzy, 11 opowiadań, każde wyjątkowe, choć pod różnym względem. Tak odmienne style, choć mające jedną wspólną cechę - prostotę języka. Autorzy nie przekazali nam bardziej wyczerpujących opisów, ani charakterystycznych krótkich, trzymających w napięciu zdań. Historie urywają się w połowie lub dostarczają na tyle niespodziewanych zakończeń, że czytelnikowi trudno się w tym odnaleźć. 
Ci, na których szczególnie liczyłem, nie zawiedli mnie. Zarówno Agnieszka Lingas-Łowiecka, jak i Anna Klejzerowicz stworzyły zdecydowanie najlepsze opowiadania, skrywające zarówno zagadki, jak i napięcie, którego brakowało w pozostałych dziełach. Niestety Romuald Pawlak udowodnił, że kryminały to nie jest jego mocna strona - mimo obiecującego początku, moim zdaniem zawalił finał. Epilog jedynie wprowadził więcej pytań, aniżeli odpowiedzi.

Na dłuższą metę ta książka może męczyć - nie radzę czytać jej jednym tchem, jedną opowieść po drugiej. Mają ze sobą za dużo wspólnego, a przy tym nie potrafią na tyle zainteresować czytelnika, aby ten "połknął" ją w całości. Ja popełniłem ten błąd, ale wracając do tej pozycji będę pamiętał, aby przypomnieć sobie opowiedziane historie pojedynczo. W ten sposób zdecydowanie zyskują na wartości i nie zlewają się tak, jak czytane wszystkie naraz.

"Zatrute Pióra" to pozycja, której krótkie formy nie pozwalają rozwinąć skrzydeł autorom. Brak suspensu, brak rozwinięcia akcji i punktu kulminacyjnego. Gdy zdaje się, że fabułą nabiera tempa, ta szybko się kończy, pozostawiając czytelnika w niepewności i lekkim chaosie. Pomimo tego autorzy starają się, aby ich opowiadania dostarczyły odbiorcom emocji, jak i dobrych wrażeń.
Coś w tym jest, że Polska może być dobrą lokalizacją na kryminały, a bohaterowie o polskich imionach wcale nie bardziej groteskowi od zagranicznych postaci. W moim spostrzeżeniu to lektura godna uwagi, lecz mi niemal wszystkie opowiadania uleciały z głowy zaraz po skończeniu książki. Wrażenia po ich lekturze długo w umyśle nie pozostają...

6/10

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo wydawnictwu Replika ;)

niedziela, 15 lipca 2012

088 - Aneta Ponomarenko - Strażnik Skarbu


Tytuł: "Strażnik Skarbu"
Autor: Aneta Ponomarenko
Wydawnictwo: Szara Godzina
Ilość stron: 367


Gdy po raz pierwszy usłyszałem o książce, której akcja dzieje się w moich rodzimych stronach pomyślałem, że koniecznie muszę ją zdobyć i przeczytać. Tym bardziej ucieszyłem się, gdy do moich rąk trafił w końcu "Strażnik Skarbu" Anety Ponomarenko. Mimo początkowych obaw, co do jakości tej lektury, pochwyciłem ją i zacząłem czytać...

W roku 1888 Kalisz to zupełnie inne miasto. Telefony posiadają tylko najbardziej wpływowe osoby w mieście, bale charytatywne do rzadkość, a i tajemnicze morderstwa nie należą tu do codzienności. Te ostatnie jednak zaczęły się pojawiać, co zaniepokoiło agenta do specjalnych poruczeń Walerego Jezierskiego oraz żydowskiego doktora Jakuba Zaifa. Oboje niczym Sherlock Holmes i dr Watson wyruszą po malowniczym Kaliszu XIX-wieku tropem zbira powiązanego ze słynną lożą masońską. Czy uda im się ubiec go, zdobywająć cenny skarb?

"Strażnik Skarbu" to debiut Anety Ponomarenko, która zresztą pochodzi z Kalisza. Stąd nie dziwi wybór miejsca akcji na to 100-tysięczne miasto w Wielkopolsce. Autorka nie poszczędziła ciepłych słów pod jego adresem, dodając liczne, długie wywody na temat uroku i tajemnic miasta. Samo w sobie jest to naprawdę interesujące - można dowiedzieć się, że do Kalisza przyjechał car Rosji oraz cesarz Prus na zjazd oraz, że w Kaliszu działała dość wpływowa loża masońśka. Jednak jako przerywniki w kryminale nie sprawdzają się; potrafią jedynie zanużyć swoją obszernośćią. Kryminał, nawet w stylu retro, powinien posiadać wartką akcję, nagłe zwroty akcji i dostatecznie dobrą logikę, aby czytelnik mógł nie tylko odnaleźć się w gąszczu zdarzeń, ale także polubić historię jako całość. Niestety "Strażnik Skarbu" nie oferuje czytelnikowi najważniejszych cech gatunku. Tę pozycję czyta się wolno, żmudnie, a akcja ciągnie się momentami jak flaki z olejem. Miałem wrażenie, że czasami autorka zapominała, iż opisuje powieść kryminalną, do reszty zagłębiając się w dokumentalne przedstawienie spraw.

Jednak, gdy już wróciła pisarka nowożytnej powieści z wątkiem zabójstw, dostajemy porządną dawkę ciekawych, poruszających zdarzeń. Liczne morderstwa dodają okrucieństwa opisom, ale także przyspieszają akcję. Może i poszlak nie jest tu nad wyraz dużo, ale za to każda jest potrzebna i może pomóc czytelnikowi odkryć, kto tak naprawdę jest seryjnym mordercą.
Dlatego uważam, że "Strażnik Skarbu" to powieść nierówna - raz wciągająca podczas ścigania kryminalisty, raz nudna do bólu podczas licznych opisów ówczesnych wynalazków czy życia Kalisza.
Dobrego słowa nie mogę powiedzieć też o bohaterach, którzy byli sztuczni i bezbarwni. Trudno jest znaleźć mi chociaż dwie cechy opisujące poszczególne postaci. Nawet główni bohaterowie wydawali się sztywni, nie mający do zaoferowania nic ponad parę błyskotliwych zdań o technicznych nowinkach. Również wątek miłosny, parę razy wspomniany w książce nie należy do jej mocnych stron. Autorka mogłą go sobie darować, skupiając się na przyjaźni dwójki głównych bohaterów. Tymczasem ona postanowiła zakochać ich w pięknych, acz nic poza tym, kobietach, którym od razu wyznali miłość. Drogie panie - niestety nie ma co sie oszukiwać -  nic więcej tu nie znajdziecie.

"Strażnika Skarbu" spokojnie można podzielić na parę książek - dokumentalną o Kaliszu, miłosną w stylu retro i dobry kryminał. Mimo, że o mieście autorka pisze pięknie, barwnie i interesująco, a z miłością jej nie po drodze, to kryminał naprawdę zasługuje na uwagę szerszego grona czytelników. I muszę dodać, że miło czyta się lekturę o mieście, z którego się pochodzi, w którym się mieszka i żyje. Już wiem co czują mieszkańcy Warszawy i Krakowa, gdy akcje licznych książek są ulokowane w tych miastach...

6/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo wydawnictwu Szara Godzina ;)

środa, 11 lipca 2012

087 - Andrzej Pilipiuk - Szewc z Lichtenrade



Tytuł: "Szewc z Lichtenrade"
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 377
 
 
 
Andrzej Pilipiuk to znany polski pisarz, regularnie publikujący swoje powieści w wydawnictwie Fabryka Słów. Z wykształcenia archeolog; laureat nagrody im. Janusza A. Zajdła. Jego najnowsza pozycja - "Szewc z Lichtenrade" to zbiór opowiadań, pisanych w charakterystycznym stylu i ze specyficznym humorem.
 
Ogólnie jestem coraz bardziej pozytywnie nastawiony do polskiej literatury. Najpierw olśnił mnie Sapkowski z jego sagą o Wiedźminie, potem świetny kryminał Lingas-Łowieckiej, a teraz Pilipiuk i jego zbiór krótkich historyjek. Jednak dostrzegam parę podobieństw między Sapkowskim a Pilipiukiem - ten sam charakterystyczny pazur, ten sam specyficzny humor i lekkość pióra. Jednak patrząc na różnice ich dzielące - piszą o zupełnie innych światach. Ten pierwszy fantastycznej krainie rodem z magicznego średniowiecza, drugi o przeszłych czasach z podlożem paradosku, alternatywy i niekiedy "co by było gdyby".
 
Pilipiuk wykorzystując polską rzeczywistość z ubiegłego wieku pokazuje nie tylko tok myślenia ówczesnych obywateli, ale ogólnoludzką świadomość, zachowanie i reakcje na różne zdarzenia. Co więcej poprzez charakterystyczne zakończenia przenosi puenty, jak i bystre spostrzeżenia, co do danej sytuacji. Niestety czasami bywają niezrozumiałe, ale nie przeszkadza to w zrozumieniu całej historii. Oczywiście zawsze zaskakuje nas zakończeniami; pod koniec zazwyczaj umieszcza nagłe zwroty akcji, które do końca zmieniają bieg zdarzeń.
 
Jednak jak błyśnie jego geniusz, to zakończenie historii z puentom wciska w fotel, choć niekiedy nie można powstrzymać się od śmiechu. Na mnie największe wrażenie wywarła historia nr 1, czyli alterantywna wersja upadku Hitlera i jego wiernego pomocnika Heinza. Ale to nie jedyna opowiasta godna uwagi - jest błyskotliwa historia o Gęsi Filaterowa' zabawna opowieść o higienie w głębokiej wsi pod zaborami czy świetny finał rodem z detektywistycznej antologii. Znajdą się i słabsze historie, ale ogólne wrażenie jest jak najbardziej bardzo dobre!
 
Pilipiuk zaskoczył mnie inteligentnym błyskiem w oku, lekkim piórem oraz znastwem zamierzchłych czasów. Niczym wielki historyk przybliżył mi z przymrużeniem oka Polskę pod zaborami, Rosję tuż przed wojną oraz proste życie w komuniźmie. Nie zabrakło odniesień do znanych postaci, takich jak Grigorij Rasputin. Uważam, że "Szewc z Lichtenrade" to doskonała pozycja dla fanów polskiej literatury oraz każdego, kto ma ochotę zmierzyć się z lekko historyczną pozycją, ale nie pisaną językiem naukowym, a prostym, czasem zabawnym językiem. Pilipiuk ma wielką łatwość tworzenia, czego brakuje wielu polskim pisarzom. Podziwiam i czekam na kolejne jego publikacje!
 
8/10
 
DZISIAJ PREMIERA KSIĄŻKI!!!
 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo wydawnictwu Fabryka Słów! ;)
 

środa, 27 czerwca 2012

084 - Chaes Newkey-Burden - Adele

Tytuł: "Adele. Dziewczyna, która rozkochała w sobie świat"
Autor: Chas Newkey-Burden
Wydawnictwo: Pascal
Ilość stron:221
Tłumaczenie: Piotr Metz, Arkadiusz Belczyk




Kto nie słyszał o Adele? Pewnie niektórzy z was mają już dość zachwytów nad jej osobą oraz tym, że na chwilę obecną jest praktycznie wszędzie. Co prawda, to prawda, ale oddajmy jej, że swoją sławę zdobyła nieziemskim piosenkom, które niestety za bardzo ograły rozgłośnie radiowe. Aby dowiedzieć się o przyczynach fenomenu artystki, jej korzeniach i poznać, jaką jest osobą sięgnąłem po jej biografię.


Autorka już w samym tytule sugeruje, że to historia o dziewczynie, której muzyka, jakoby wyprzedziła nasze czasy przepełnione elektronicznym beatem. Wydana przez Pascala książka to ciekawy przewodnik po jej życiu, choć bez skandali, smaczków i jej tajemnic. I takie powinny być biografie znanych osób - nie nachalne, ale lekko uchylające rąbka tajemnicy wokół jej prywatnego życia. "Adele. Dziewczyna, która rozkochała w sobie świat" skupia się głównie na jej publicznym image'u oraz korzeniach jej piosenek. Wiele stron poświęconych jest, dlaczego nagrała takie, a nie inne piosenki. Praktycznie przez całą pozycję przebiega wątek jej byłego chłopaka, który dostarczając jej wielu łez i rozpaczy, natchnął ją do napisania tak niezwykłych utworów.

Niestety Chas Newkey-Burden nie zachowała obiektywizmu. Adele w jej oczach jest nieskazitelna. Choć czasami podaje opinie krytyczne, to zaraz potem dodaje, że "mimo wszystko..." lub "... co nie jest prawdą."
Szkoda, bo w ten sposób wyszedł trochę przesłodzony życiorys osoby znanej i cenionej, choć nie bez skazy. Autorka mimo, że wgłębia się w jej życie, to nie przedstawia wszystkiego neutralnie, ale stara się trzymać jej stronę, non stop powtarzając o "olbrzymim talencie piosenkarki" oraz o "niewyobrażalnym fenomenie", jakbyśmy tego nie słyszeli.

Nie zgadzam się, iż ta pozycja może nużyć. Ktoś zainteresowany jej twórczością lub chociaż chcąc poznać ją od kulis, powinien być zadowolony. To wzorowa napisana biografia - dużą rolę stanowią tutaj wypowiedzi Adele wyciągnięte z różnych wywiadów, programów czy przemówień. Wyszło więc, że na każdy argument ma na potwierdzenia słowa samej Adele. Czasami wygląda to jakby autorka śledziła piosenkarkę, towarzysząc jej w najważniejszych momentach w jej muzycznym życiu. Co więcej Newkey-Burden postarała się pokazać czytelnikom, co czuła ta słynna Brytyjka. W ważnych chwilach, takich jak wręczenie Grammy czy pierwszy odbiór nagrody ukazany jest nie tylko w świetle faktów, ale także w sferze uczuciowej.

"Adele..." to zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla fanów artystki. Pewnie większość z jej wielbicieli kojarzy pewne fakty z jej życia, to i tak radzę i polecam zapoznać się z tą pozycją. Nie powinniście się rozczarować, bo książka dostarcza to wszystko, co powinna dobrze napisana biografia - wiarygodność, wypowiedzi bohaterki, garstkę uczuć oraz opisową wersję większości istotnych momentów z jej życia. Kto chce poznać Adele z bliska już teraz ma taką możliwość. Teraz nie musicie już więcej czekać na jej koncert. Tym razem Adele może zawitać do waszych domów...


8/10


Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Pascal ;)


Chciałem jeszcze ogłosić, iż na portalu duzeka.pl właśnie pojawił się konkurs, w którym do wygrania jest cała dotychczas wydana bestsellerowa seria "Jutro" autorstwa Johna Marsdena.
Polecam konkurs - nie jest trudny, a nagroda warta jest każdej spędzonej na wysyłaniu zgłoszenia sekundy. Trzymam za was mocno kciuki! ;)
A przy okazji wchodźcie na facebookowy profil portalu, na którym więcej o konkursie oraz mnóstwo innych atrakcji! ;)

czwartek, 14 czerwca 2012

081 - Susan Beth Pfeffer - Życie, które znaliśmy

Tytuł: "Życie, które znaliśmy"
Autor: Susan Beth Pfeffer
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 340
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz


Co by było, gdyby pewnego dnia wielka asteroida uderzyła w Księżyc i przybliżyła go w kierunku Ziemi niczym wielka bila? Z takim problemem musi poradzić sobie Miranda i cała jej rodzina. I wydaje się, że jedynym tego skutkiem będą jeszcze bardziej romantyczne noce. Ano, to nie jest do końca prawda. Powstają wielkie fale tsunami, zaczynają wybuchać wulkany, dni stają się coraz zimniejsze… istna lawina katastrof, a to wszystko uderza w ludzi, którzy muszą zacząć przyzwyczajać się do życia bez komputera, radia, elektryczności, a nawet biorącej wody…

Książka Susan Beth Pfeffer to jedyna w swoim rodzaju opowieść o nieszczęściu i szczęściu w jednym. Mimo, że Miranda, jej matka i dwójka braci musi zacząć radzić sobie bez codziennych dogodności, to nie zostali bezpośrednio narażeni na tsunami czy lawę z aktywnego wulkanu. Autorka umieściła swoich bohaterów w przeciętnym miasteczku na środku kontynentu, mających przetrwać wśród skutków naturalnych katastrof, mając za jedynego przewodnika… księżyc. To nie jest opowieść w stylu Hollywood, gdzie bohaterowie uciekają samolotem z zapadającego się miasta, czy ratują się na statku, w kierunku którego zbliża się olbrzymia fala. Oni jednakże stawiają czoła problemom mniej spektakularnym, jak brak edukacji, choroba, niedostatek żywności.

To sprawia, że „Życie, które znaliśmy” to książka godna polecenia, wybijająca się ze schematu, zrywająca z szablonem. Cykl „Ocaleni” to z pewnością wielkie dzieło – część pierwsza może rozbudzać apetyty przed następnymi częściami. Dawno nie czytałem książki z tak wielkim zaangażowaniem. Dawno nie czytałem o sprawach tak bliskich, a jednocześnie tak ważnych. Brakowało mi lektury, która mną poruszy, wstrząśnie i dostarczy tyle emocji. Nie zawaham się stwierdzić, że to jedna z lepszych powieści roku. Mając tak mało do dyspozycji, co wydaje się z pozoru żmudne i nudne, autorka robi spektakl, historię wciągającą. Aż chce się współczuć bohaterom.

A jednocześnie nie można zapomnieć, że takie sytuacje miały już miejsce. Wielokrotnie naszą planetę nawiedzały katastrofy naturalne, a ludzie musieli zmagać się z brakiem jedzenia, prądu, odcięci od świata. Autorka przypomina, że ten problem wciąż jest obecny. Z jednej strony należy takim ludziom współczuć i w razie potrzeby pomagać, a z drugiej musimy cieszyć się z dogodności, które mamy.

„Życie, które znaliśmy” opowiedziane jest z perspektywy Mirandy, a raczej jej osobistego pamiętnika. Dzień po dniu opisuje swoje przeżycia, wrażenia i przemyślenia. Taka narracja jeszcze bardziej nadaje tej powieści realizmu, wiarygodności, do tego ułatwiając i uprzyjemniając czytanie.

Susan Beth Pffefer postarała się o powieść realną, a jednocześnie wstrząsającą i wzruszającą w swoim odbiorze. Zwłaszcza to drugie uczucie może towarzyszyć co bardziej wrażliwemu czytelnikowi. „Życie…” to doskonała historia na każdą porę dnia i roku. Lektura obowiązkowa niezależnie od wieku czy płci. W swej prostocie przemawia do czytelnika, nie zanudzając go, a wciąż dostarczając nowych wrażeń i przemyśleń.
Lepiej zacznijcie już zbierać zapasy do własnej spiżarni…


10/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo wydawnictwu Jaguar ;-)


wtorek, 22 maja 2012

077 - Agnieszka Lingas-Łowiecka - Szósty

Tytuł: "Szósty"
Autor: Agnieszka Lingas-Łowiecka
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 332



Od razu uprzedzam, że po polską literaturę sięgam bardzo rzadko. Jeszcze rzadziej chwalę, choć czasami podziwiam polskich pisarzy, np. Andrzeja Sapkowskiego czy Zbigniewa Nienackiego. Tym razem trafiłem na kryminał osadzony w realiach Górnego Śląska. I nie powiem, książka mnie wciągnęła i bardzo pozytywnie zaskoczyła.

Akcja tylko na pozór wydaje się skomplikowana. Gdy się w to bardziej wgłębić, wszystko jest logiczne i ma spójną całość...
Alicja już od dawna jest ze swoim chłopakiem - Jackiem, niedługo mężem.
Marcin spotyka się z modelką Angelą...
Przez pewne wydarzenia Alicja i Marcin spotykają się w szpitalu. Wtedy to łączy ich nierozerwalna nić, która okaże się tylko początkiem ich znajomości. Po sześciu latach widzą się po raz kolejny, tym razem w siedzibie Sląskiej Grupy Śledczej, gdzie to pracuje Marcin. Tych dwoje połączą nie tylko sprawy zawodowe... A te wydają się beznadziejne, biorąc pod uwagę, że giną kolejno zielonookie blondynki, a policja nawet nie wpadła na ślad, który doprowadzi ich do maniakalnego mordercy.

W "Szóstym" wszystko jest możliwe, co sprawia, że nie można odłożyć książki. Każdy rozdział zaskakuje, a wciąż powtarza się tylko: "jeszcze jedna strona", jeszcze jedna..." A że powieść napisana w, charakterystycznym dla tego gatunku, stylu, to czyta się ją naprawdę szybko. Krótkie zdania, dużo opisów uczuć i przemyśleń, tajemnicze wstawki z mordercą... to sprawia, że "Szósty" jest nie tylko ciekawą, fikcyjną opowieścią, ale i emocjonalnym przeżyciem dla każdego czytelnika. Autorka pokazuje związek dwójki ludzi przez pryzmat morderstw i nieubłaganego końca. Możemy się łatwo domyślić dalszych losów - książka w tym wypadku jest dość przewidywalna, ale na szczęście pisarka nie odkrywa za szybko najważniejszej z kart - kto popełnił morderstwa...

Książka adresowana wyraźnie dla dorosłych, powinna przypaść do gustu młodszym czytelnikom. Oprócz paru scen miłosnych i kilku przekleństw nie znajdziecie tutaj nic gorszącego lub niezrozumiałego. "Szósty" to lektura dla każdego, mająca swój odzew w różnym wieku. Starsi będą porównywać ją do filmu z początku lat 90. "Uwierz w ducha" (słusznie zresztą, bo autorka wyraźnie czerpała inspiracje z tego dzieła), młodsi znajdą w nim odniesienia do amerykańskich filmów akcji (Śląska Grupa Śledcza charakteryzowana na FBI). Tak więc dla każdego coś dobrego!
W książce znalazłem niewiele błędów - denerwował mnie brak jednej wersji przy pisowni "aha/acha" oraz spolszczona wersja esemesów. Poza tym autorka spisała się doskonale, używając wielu epitetów, a jej dialogi na szczęście nie są banalne, co popsułoby efekt końcowy kryminału. 

Agnieszka Lingas-Łowiecka pokazała mi, że współczesna polska literatura rozrywkowa stoi na wysokim poziomie. Warto promować tego typu twórczość, bo można przeczytać o swoim rodzimym kraju, rozprawiającym się z zabójcami, wyciągniętymi rodem z powieści Alex Kavy. Wprawdzie do wprawionych w boju amerykańskich policjantów jeszcze nam daleko, ale możemy pochwalić się choćby "Szóstym". Dlaczego nie wyróżnić tu zakochanego Marcina i jego pani psycholog?

8/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo wydawnictwu Replika ;)

sobota, 12 maja 2012

075 - Mitchell Zuckoff - Uwięzieni w Raju

Tytuł: "Uwięzieni w Raju"
Autor: Mitchell Zuckoff
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Anna Maziarska
Ilość stron: 310
    



Jak tylko dowiedziałem się, że w naszym rodzimym kraju pojawiła się taka propozycja literacka, nie wahałem się ani chwili. Natychmiast zacząłem czytać lekturę, która powstała piórem laureata nagrody Pulitzera. Doceniając jego ciężki wysiłek, szybko skończyłem całą książkę, jeszcze długo wchłaniając treści tam przeczytane.

Cała historia opowiada przygodę rozbitków, których samolot spadł w niedostępną dolinę w nieznanym rejonie Nowej Gwinei. Ich lot miał być tylko wycieczką, skończył się katastrofą... Ci, co przeżyli muszą teraz zmierzyć się z tubylcami, własnymi lękami i przezwyciężyć ludzką naturę. Inaczej zginą...

 I może "Uwięzieni w Raju" nie spełniają w 100 % tego, na co liczyłem i czego się spodziewałem. (Tutaj, uwaga, bo rzucę spoilerem) Wprawdzie faktycznie rozbili się w przepięknej, acz niedostępnej dolinie, to po pierwsze: ocalała ich tylko trójka, a po drugie: kanibale z hasła na okładce okazali się dobrodusznymi tubylcami. I to tyle jeśli chodzi o minusy, bo mimo, że krew nie leje się strumieniami, a tubylcy nie zjadają mózgów rozbitków na kolację, dzieje się naprawdę sporo.

Na pierwszy rzut oka jeszcze narracja mocno ogranicza możliwości materiału. Autor wprowadza nas w ten świat w stylu dokumentalnym, przytaczając zapiski pasażerów feralnego lotu, dodając podstawowe informację o rozbitkach oraz wtajemnicza nas w działania militarne wojsk na Pacyfiku. I gdy zechcecie porzucić książkę w kąt, to zastanówcie się dwa razy. Taka narracja wcale nie przeszkadza rozwojowi sytuacji. Mitchell Zuckoff znalazł sposób, aby takim stylem zainteresować czytelników, pragnących akcji, zdarzeń i emocji. Nie znalazłem w tej powieści momentu nudnego, ale nie gwarantuję, że i was nie zanudzi. Leczenie ran w obozie, zrzucanie żywności do obozu, chowanie zmarłych... to cała akcja, której oczywiście towarzyszy wszechobecny humor.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że cała historia wydarzyła się naprawdę, a materiały autor zbierał przez parę lat. Rezultat jego pracy już można podziwiać... Polecam każdemu, kogo interesują sekrety wojny. Mnie lektura ta porwała - na Nową Gwineę wybrałem się na trzy dni - grałem w karty z rozbitkami, śmiałem się z tubylców i obserwowałem starania wojska. Nic dodać nic ująć. Po prostu fascynujące...

9/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo wydawnictwu Świat Książki ;)

środa, 9 maja 2012

074 - Nancy H. Kleinbaum - Stowarzyszenie Umarłych Poetów

Tytuł: "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"
Autor: Nancy H. Kleinbaum
Wydawnictwo: Rebis
Tłumaczenie: Paweł Laskowicz
Ilość stron: 156



Na początku powiem wprost - nie lubię książek, które powstały na podstawie scenariuszy filmowych. I choć (na szczęście!) zazwyczaj jest inaczej, czasami trafia się perełka taka jak ta, że najpierw światło dzienne ujrzał film, a dopiero potem powieść. Często na tym schemacie opiera się Nancy H. Kleinabum, amerykańska dziennikarka i okazjonalnie pisarka.

Trudno oceniać jest książkę, która powstała z filmu, bo zazwyczaj dzieje się zupełnie odwrotnie. W takim razie czy skrytykować pisarkę za brak oryginalności? Wręcz przeciwnie! Dzięki temu "Stowarzyszenie..." stało się lekturą szkolną, chyba jedną z ulubionych w zestawie gimnazjalnym. Co więcej przybliżyła nam pewne fakty, których z filmu próżno się doszukać. Nancy Kleinbaum ma lekkie pióro, widać, że pisanie sprawia jej przyjemność, a tego skutkiem jest miła lektura,

choć o tematyce dość dramatycznej - w szkole, w której żelazna dyscyplina jest najważniejsza, naukę rozpoczynają nowi uczniowie. Wśród nich znajdują się nasi główni bohaterowie. Jest ich sporo, a każdy odgrywa w tej historii znaczącą rolę. Warto tu choćby wymienić Todda, którego zżera nieśmiałość, romantycznego Knoxa oraz marzyciela-Neila. Oprócz nich na uwagę zasługują Pitts, Charlie, Cameron i wielu innych, którzy uczęszczają do Akademii Weltona. Jednym z tamtejszych nauczycieli jest John Keating, który jest głównym sprawcą późniejszych zachowań chłopców. Czy ma pozytywny wpływ na uczniów? Czy jego metody nauczania są słuszne?

I tu dochodzimy do meritum - za sprawą późniejszych wydarzeń o książce i jej fabule można rozmawiać godzinami, spierając się, dochodzić własnych racji oraz przekonać stronę przeciwną. Bo to książka smutna, wyzywająca i pokazują realia tamtych czasów, ale i tych, dominacji świata dorosłych, jego wpływu na młodzież i skutkach takiego postępowania. Historia jest to piękna, i o ile film może niektórych trochę nudzić, tak w książce takiego wrażenia odczuć nie można. Czyżby uczeń przerósł mistrza? Nie sądzę, bo pamiętajmy, że z pomysłem wyszli filmowcy i to im należą się największe słowa uznania, ale pani Kleinbaum postarała się jak najlepiej oddać klimat opowieści. I to jej się udało!

Kto jeszcze nie miał styczności ze "Stowarzyszeniem..." powinien to jak najszybciej nadrobić. Tym bardziej leniwym polecam film. A tym, którzy nad obraz wolą wyobraźnię proponuję książkę. Oba twory są godne uwagi, mając wartość wręcz równorzędną. Cieszę się, że tę historię napisała profesjonalistka, a nie amator z ograniczonym doborem słów. To sprawiło, że historia znowu odżyła, a nad wydarzeniami mogą teraz dyskutować zarówno widzowie jak i czytelnicy!

8/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo księgarni Matras! ;)
  
 PS: Patrzcie, to już maj, niedługo wakacje, a to oznacza raj dla wszystkich czytelników ;)
Pora zacząć nadrabiać zaległości! Oprócz egzemplarzy do recenzji mam ochotę na "Wiedźmina", "Kroniki Rodu Kane", "Na Psa Urok" oraz "Kroniki Imaginarium Geographica". Myślicie, że to dobre serie? :D

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

071 - Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy - Hotel Babylon

Tytuł: "Hotel Babylon"
Autor: Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy
Wydawnictwo: Pascal
Ilość stron: 374
Tłumaczenie: Zuzanna Szwed



"Hotel Babylon" to dość kontrowersyjna powieść. Czemu opisane w niej treści mogą być burzliwe, a dla niektórych wręcz... kłopotliwe?
Otóż Imogen Edwards Jones z pomocą anonimowego Autora napisała książkę o 24 h z życia jednego z pięciogwiazdkowego hotelu w centrum Londynu. A że anonimowy przyjaciel naszej pisarki pracował w kilkunastu tego typu hotelach, zna się na rzeczy i postanowił brudy wynieść na światło dzienne. Tak powstała książka, która stała się nawet inspiracją dla serialu BBC.

I tak cała historia kręci się wokół recepcjonisty, który pechowo trafia na dwie zmiany, pracując nawet 24 godziny. Przez ten czas obserwujemy jego zmagania ze snem oraz nieznośnymi prostytutkami. Śledzimy jego męczarnie z klientami, a nawet przybycie mega ważnego gościa, który na szczęście "rozdaje pięć dziesięciodolarówki, jakby były niemodne". Oczywiście nie obyłoby się bez skandali, romansów i prześmiesznych sytuacji.

Cała ta książka wydaje się być jednym wielkim absurdem. Co rusz goście hotelowi zachowują się tak... dziwnie. Dzwonią w wielu najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a co jeszcze ciekawsze... hotel zawsze jest na to przygotowany. I wokół tych sytuacji toczy się cała akcja, rzadko włączając w to charaktery postaci, ich przemyślenia czy zachowanie. Głównie miał być to przewodnik po hotelarskim życiu, a wyszła doskonała hybryda powieści i skandalu obyczajowego. Mimo, że nie jest to typowa frustrująca książka, która wytyka wszystkie najgorsze brudy, autorzy nie omieszkają wspomnieć poniżających faktów o londyńskich hotelach. Czy to prawda? Tutaj trzeba by było się głębiej zastanowić, na pewno część informacji może być jak najbardziej rzeczywista. Trzeba je tylko odpowiednio posegregować ;)

Język, który używa autorka, jest nader przystępny i bardzo łatwy. Nie używa słów trudnych ani specjalistycznych, toteż dla każdego będzie to lektura łatwa i przyjemna. Do tego duża czcionka, która zdecydowanie ułatwia szybkie czytanie.
Jeżeli tak wygląda hotelowe życie, to ja wolę się trzymać daleko od tego całego bałaganu, który na całe szczęście recepcjoniści "Babylonu" sprawnie uporządkowują. Więc oprócz odkrywania kolejnych sekretów hotelarstwa, autorzy serwują nam także oryginalne postaci z własnymi potrzebami i problemami. Niestety są one płaskie i bez wyrazu, jednakże każda ma swoje zadanie w tym małym światku i spełnia je w 100 %.

Co tu dużo mówić, jest to lektura na luźny wieczór.Wystarczy jeden, bo książkę czyta się naprawdę błyskawicznie, a do tego jedna akcja prześciga drugą. Wątki nie są mocno rozbudowane, ale nie to jest najważniejsze w tej powieści. W "Hotelu Babylo" mamy się dobrze bawić, zalewając się śmiechem i kolejnym drinkiem...

8/10

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Pascal ;)

środa, 28 marca 2012

063 - Wisława Szymborska - Tutaj/Here

Tytuł: "Tutaj/Here"
Autor: Wisława Szymborska
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 75
Z przekładem: Clare Cavanagh


Choć w chwili śmierci Wisławy Szymborskiej nie znałem zbyt wielu jej wierszy, to poczułem, że świat stracił osobę niepowtarzalną, nieszablonową, wybitną pod względem spostrzegawczości, bystrości umysłu i władania piórem. Nie pomyliłem się, bo czytając jej wiersze z tomiku "Tutaj/Here" można dać się oczarować i zakochać w poezji.

19 wierszy po polsku po lewej i z angielskim tłumaczeniem po prawej. 19 przemyśleń "pierwszej damy polskiej poezji". 19 rozważań nad ludzkimi sprawami. 19 arcydzieł na miarę światową, toteż tym bardziej cieszy niezrównane tłumaczenie Clare Cavanagh. W tomiku znajdziemy wiersze luźne, groteskowe jak "Nieczytanie" czy "Otwornice", a zarazem traktujące o problemach nowoczesności i ludzi, którym przyszło żyć w tych czasach. Szczególnie upodobałem sobie lirykę z "Myśli nawiedzających mnie na ruchliwych ulicach", "Mikrokosmosu" oraz "Elli w niebie", choć oczywiście jest to kwestia gustu, a zapewniam, że każdy znajdzie w tej książeczce coś dla siebie. 

Grzechem byłoby nie wspomnieć o koncercie, który odbył się 27 stycznia 2009 roku w krakowskiej Operze. Wtedy to deklamacji autorki "Tutaj/Here" towarzyszył Tomasz Stańko - wybitny polski trębacz jazzowy. Szymborska śmiała się, że wiadomo, iż ludzie zebrali się tu dla posłuchania brzmień trąbki, a ona będzie koncertowi tylko brutalnie przerywać. Cały zapis z tego niecodziennego koncertu został dołączony do tomiku, toteż interpretacje Szymborskiej jeszcze bardziej pomagają we własnym przeżyciu jej wierszy.

Nie wiedziałem, że mogę rozpisać się na temat tak krótkiej książki, jaką jest "Tutaj/Here". Wydawnictwo Znak zrobiło czytelnikom nie lada niespodziankę, wydając po raz kolejny ten tomik. Zbiegło się to niestety w czasie ze śmiercią wybitnej poetki, toteż to wydanie ma charakter jeszcze bardziej wymowny. W każdym razie polecam tę pozycję każdemu, nie ważne, czy poezję lubisz, czy masz jej dosyć. Zapewniam cię, że wiersze Szymborskiej są adresowane do każdego z nas i każdy może je inaczej interpretować. Dlatego tak wielką poetką była pani Wisława...

9/10

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo wydawnictwu Znak. ;-D
PS: Jenny z bloga oczami-jenny zorganizowała u siebie ankietę "Chcesz by jedną z nagród w konkursie urodzinowym było..." Serdecznie proszę w jej imieniu o głosy!

czwartek, 15 marca 2012

061 - Colin Clark - Mój tydzień z Marylin

Tytuł: "Mój Tydzień z Marylin"
Autor: Colin Clark
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 187
Tłumaczenie: Matylda Biernacka



O książce dowiedziałem się przy okazji powstania filmu "Mój tydzień z Marylin". Wtedy to usłyszałem, jakoby został nakręcony na podstawie dziennika-powieści autorstwa Colina Clarka o tym samym tytule. Kolejne moje zdziwienie to mała objętość pozycji oraz fakt, że wszystko tam opisane jest prawdziwe i kiedyś naprawdę miało miejsce.
"A to ciekawe..." - pomyślałem, po czym nadarzyła się okazja, aby lekturę przeczytać i napisać o niej własną opinię. Więc czemu nie skorzystać?

Rwałbym sobie dzisiaj włosy, gdybym wtedy nie zgodził się na jej przeczytanie. Bo pomysł, akcja i sam opis "bogini kina (i nie tylko)" sprawia, że mam ochotę zagłębić się w tę tematykę. 
Otóż Marylin Monroe kręci swój kolejny film "Książę i aktoreczka", który miał tym razem lepiej pokazać jej walory aktorskie. Jednak wszystko sprzeciwia się realizacji produkcji - Monroe jest właśnie na miesiącu miodowym z mężem, gdy ten nagle wyjeżdża, w związku z czym dziewczyna zaczyna brać mnóstwo proszków. Poznaje także Colina Clarka, trzeciego asystenta reżysera, czyli chłopca "przynieś-odnieś". Jego nazwisko staje się gorące na planie, gdy sama Marylin Monroe chce spędzać z nim czas, opowiadać o swoich problemach i szukać w nim wsparcia.

Narracja zastosowana w tej pozycji idealnie nadaje jej klimat osobistego dziennika, zapisków dnia codziennego na planie, wydarzeń, które przez niecodzienny zbieg okoliczności sprawiają, że z mało znaczącego asystenta Clark staje się pierwszoplanowym bohaterem opowieści o problemach wielkiej gwiazdy. Gwiazdy, która choć świeciła jasnym światłem na niebie show-biznesu, to, jak każdy człowiek, borykała się z problemami. I o tym jest "Mój tydzień z Marylin". 

Jedynym mankamentem tej książeczki jest jej chudość - jedyne 180 stron całkiem zapełnionych beztroską zabawą znanej aktorki, rozmyślań młodego asystenta i problemów z akceptacją nowego środowiska, siebie, jako tej walczącej, niezależnej i przede wszystkim zmagającej się z własnymi słabościami. Jest to powieść z "duszą", mimo ubogiej gamy uczuć i braku wytchnienia pomiędzy konkretnymi wydarzeniami.

Dlatego polecam "Mój tydzień z Marylin" przed obejrzeniem filmu. Polecam ją każdemu, kto nie żył w erze Monroe, kto poznał ją 20 lat później ze zdjęć w książkach biograficznych. Polecam ją każdemu, kto chce przeżyć przygodę z książką - dobrze się bawić i pomyśleć o Marylin jak o człowieku, a nie bogini seksu. I uważam, że ten dziennik Colina Clarka nie miał obnażyć pewnych faktów o aktorce, ujawnić brudy z jej życia "od kulis", ale pokazać, że nawet ona, słynna Marylin Monroe pozostała człowiekiem...

8/10
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo wydawnictwu Znak. ;-D

czwartek, 2 lutego 2012

053 - Kaui Hart Hemmings - Spadkobiercy

Tytuł: "Spadkobiercy"
Autor: Kaui Hart Hemmings
Wydawnictwo: Znak liternova
Ilość stron:350
Tłumaczenie: Hanna de Broekere


Długo zastanawiałem się jak mogę zacząć tę recenzję. W końcu ta książka to nie jest kolejna, przeciętna pozycja, jaką przyszło mi czytać. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedna z lepszych lektur, z jaką mogłem się zapoznać. Spotkanie to nie należało do przyjemnych. "Spadkobiercy" zaatakowali mnie szyderstwem, ciętym humorem, nosząc elementy nieszczęśliwej miłości i refleksji na temat życia i śmierci.

Pewnie was tylko odtrąciło od tej lektury. Ale to godna polecenia pozycja. Specyficznym językiem pierwszoosobowa narracja pokazuje nam życie bogacza, którego majątek nie cieszy - pragnie miłości, zrozumienia, porządnych dzieci i dobrego życia. A wszystkie te plany stają pod znakiem zapytania, gdy żona o specyficznym usposobieniu ulega wypadkowi. Trafia do szpitala, gdzie przy życiu utrzymują ją śpiączka i szereg urządzeń medycznych. Jej mąż, Matt King, stoi przed trudnym wyzwaniem - wychowania córek, młodszej Scottie i starszej Alex, które ni jak nie chcą się przyporządkować. Do tego dochodzi kwestia Sida, niby-chłopaka Alex, bez którego dziewczyna nie może się obejść. Jakby tego było mało, wszystko komplikuje sprawa, którą Mattowi daną będzie poznać jako ostatniemu...

"Spadkobiercy" traktują o życiu... Ale nie tym pięknym, udawanym, gdzie miłość wszystko zrozumie. To szorstka, prawdziwa opowieść o pogodzeniu się z losem, zrozumieniu sytuacji i odnajdywaniu siebie samego. Uczy, bawi, przenosząc walory edukacyjne, jak i refleksyjne. Nie brak tu trochę erotyki, ale znaleźć możemy także parę pytań o współczesność. Autorka dosadnie, wykorzystując bogaty ród z Hawajów, obrazuje nam życie rodziny w XXI wieku. Rodziny zagubionej, nie znającej siebie do końca, zatroskanej i niepewnej. I to wszystko mogłoby nieźle dołować, gdyby nie ten element pocieszenia, pogodzenia się z sytuacją i stawienia jej czoła. Nie ma tu miejsca na słabości - los daje w kość, o czym autorka chce nam powiedzieć. Jednak na przykładzie Matta i jego rodziny widać, że wszędzie czai się zalążek dobra. Trzeba jedynie go odnaleźć...

Język ironiczny, czytelnik z łatwością wychwytuje autoironię oraz bezpośredniość. Hemmings nie owija w bawełnę - rzuca prosto z mostu garść piasku w oczu, za który później dziękujemy. Bo te dosadne stwierdzenia pozwalają nam zrozumieć błędy i przekonać się, że mimo przeszkód, da się żyć i być szczęśliwym.
"Spadkobierców" polecam każdemu. To opowieść uniwersalna, pełna emocji i wzruszeń. Jestem pewien, że niejednemu łza z oka kapnie. Bo warto czytać takie przejmujące historie. W końcu nie każda odnosi się do ludzkiego, przepraszam... naszego życia. A ta owszem...

10/10

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo wydawnictwu Znak Liternova ;)

PS: Na deser zwiastun ekranizacji książki "Spadkobiercy" pod tym samym tytułem. Muszę go obejrzeć!!!
 

środa, 4 stycznia 2012

047 - Szymon Hołownia i Marcin Prokop - Bóg, kasa i rock'n'roll

Tytuł: "Bóg, kasa  i rock'n'roll"
Autor: Szymon Hołownia i Marcin Prokop
Wydawnictwo: Znak liternova
Ilość stron: 334



Autorów tej książki znamy wszyscy z show telewizyjnego "Mam Talent". Ten duet jest zabawny, rozrywkowy, a obaj panowie mają dystans do siebie i swojej roli w życiu społecznym. Tym razem postanowili napisać razem książkę. Dla Prokopa debiut, dla Hołowni n-ta książka, wypełniona tematyką religijną.

Na wstępie należy ostrzec czytelników, że nie jest to swawolna, lekka, dowcipna lektura, ale jej treść mówi o naszej egzystencji, religii,  o prawach rządzących show-biznesem. Żartów mamy niewiele, nawiązań do popularnego programu za mało, a sam duet skupia się na rozmowie o kwintesencji życia, wiary i swoich doświadczeniach.

Ich język jest ciężki, używają wielu profesjonalnych słów, niekiedy wręcz naukowych. Jak na książkę adresowaną do przeciętnego czytelnika ma za wiele niezrozumiałych terminologii. Przykładem są choćby słowa "zinstytucjonalizowana" oraz "zmaskulinizowanym".
I tak parę takich słów na stronę, co sprawia, że całą historię trudno poznać całkowicie. A zgłębiać jest co, bo "Bóg, kasa i rock'n'roll" poza tym to bardzo dobra pozycja. Zazwyczaj Hołownia pyta Prokopa o jego pobożność, miejsce w Kościele, a on zaś wyjaśnia Hołowni, jak jest to tam u nich, w show-biznesie.

Nie powiem, rozdziały poświęcone wierze są bardzo ciekawe, czytelnik może dowiedzieć się wielu interesujących opinii i faktów dotyczących tematów nas nurtujących - pieniędzy Kościoła,  księdza Rydzyka, został poruszony nawet temat Nergala. To z tych bardziej przyziemnych prawd. Te głębsze, bardziej religijne poruszane w książce to życie wieczne, bycie zakonnikiem, co daje modlitwa... Najciekawszym rozdziałem był dla mnie ten traktujący o Kościele. Rozmowa tych dwóch była szalenie interesująca, te wymiany ich poglądów, czasami doprowadzające do lekkiej kłótni, to krążenie argumentów... I wtedy trochę zacząłem zastanawiać się nad moją rolą w Kościele, coś tam w środku chyba delikatnie się ruszyło ;)
Niestety znajdziemy tu także rozdziały nudne, które czytelnika, a przynajmniej mnie, po prostu nudziły, jak "Zakon" czy "Bóg bawi się nami czy z nami?".

Od początku tej lektury zastanawiałem się, do kogo tak naprawdę jest ta książka adresowana? Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę sięgnąć po nią może 1 % Polaków - ci z dobrym wykształceniem, a przy okazji z forsą w kieszeni. Z nich zaś sięgnąć po lekturę powinni tylko ci, których kwestia wiary  interesuje. Dlaczego? Wyspecjalizowany, język "z wyższych sfer" nie jest przystępny dla każdego, można się z nim męczyć, a nie rozumieć go. Do tego wiara nie dla każdego jest ważna, ale może ta książka to zmieni?
"Bóg, kasa i rock'n'roll" może dać nam wiele, może sprawić, że jedynie zmarnujemy, tak cenny w XXI wieku, czas. To wszystko zależy od czytelnika. Jak podejdzie do tej książki? Ja tego "języka dla wybranych", wyszukanych porównań i sposobu przekazu raczej nie poczułem...

6/10



Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo wydawnictwu Znak. ;-D

 PS: Nowy "Wywiad za kartkami"! Zapraszam! ^^

A wyniki konkursu prawdopodobnie dopiero po  14 stycznia. Sorry, ale mam konkurs z historii (by the way - bardzo ważny) i muszę się do niego nieźle przygotować ;/ Ale nie martwcie się! Zaglądajcie częściej xD