czwartek, 16 sierpnia 2012

093 - Simon R. Green - Człowiek Ze Złotym Amuletem








Tytuł: "Człowiek Ze Złotym Amuletem
Autor: Simon R. Green
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 491
Data premiery: 2012-05-08
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Numer wydania: I
 

 "Człowiek ze Złotym Amuletem" to historia, która nie ukrywa swojej inspiracji innym dziełem. Simon Green aż prosi się o porównanie do Jamesa Bonda, ale ja bym tak daleko z tym nie zachodził. Prawda, główny bohater używa pseudonimu Szaman Bond, no i spokojnie można nazwać go człowiekiem ze złotym amuletem, ale na tym moje porównania do słynnego szpiega jej królewskiej mości się kończą. Fani agenta 007 mogą być zawiedzeni, cała reszta czytelników - raczej nie.

A wszystko zaczyna się od tego, że Eddie Drood wypełnia jak co dzień zadanie, polegające na eliminowaniu magicznych stworów. Pod pseudonimem Szaman Bond wraz z niezastąpionym amuletem, który przemienia się w złotą zbroję, swoją drogą niezniszczalną,  sieje popłoch w szeregach wroga, zresztą jak cała rodzina, która stoi na straży porządku na Ziemi. Pewnego dnia zostaje wykluczony z rodziny i uznany za renegata. Dlaczego? Na te i na wiele innych pytań Eddie będzie chciał poznać odpowiedzi, a pomoże mu w tym niesławna (he he) Molly Metcalf.

Książka emanuje w akcję, ale nie stroni też od wciągających dialogów czy krótkich przestojów między jedną a drugą przygodą. Wszystkiego jest tu w umiarze i trudno odnieść wrażenie przesytu. Wprawdzie wyczerpany na skraju wytrzymania Eddie pędzi od jednego miejsca do drugiego, co może na początku irytować, ale później wszystko się wyjaśnia. Podczas jej lektury stwierdziłem, że na pewno interesująca byłaby jej ekranizacja, może nawet w formie miniserialu. To dobry materiał, który może znaleźć rzeszę odbiorców w dzisiejszych czasach. Jest magia, nietuzinkowy wątek miłosny i masa akcji. Z chęcią bym go obejrzał, choćby dla Molly, która wydawała mi się sympatyczna pod tą skorą wiedźmy i łajzy. Zdecydowanie najjaśniejszy punkt w sferze bohaterów, który dodawał mnóstwo kolorytu każdej scenie, w której się pojawiała.

Co do głównego bohatera to jego losy są niesamowicie poplątane, a wszystko rozwiązuje niczym Bond. Od jednej walki do drugiej, śmiertelna rana nie zabija go przez połowę książki, a wszystko oprawione ładną ramką z napisem "mam niezniszczalny amulet, kto mi podskoczy". I aż dziw, że złotego pancerza nie miał cały czas na sobie w widmie zagrożenia własnego życia. Chyba postąpiłbym inaczej.
W każdym razie jego zachowanie ciągle stanowiło dla mnie zagadkę, a nad głową pojawiał się napis "skąd, do licha, porównania do Bonda"? Ani on szarmancki, ni to pies na baby. Silą wcale się nie wyróżnia, a o garniturze żadnego słowa. Cóż, pozostaje to dla mnie tajemnicą, ale fakt faktem Eddie Drood zostałby moim kuplem, gdyby istniał. Jego zawziętość, chęć naprawy złego może inspirować, ale, ostrzegam, nie próbujcie tego co on!

Simon Green dostarczył mi sporą dawkę dobrej akcji z pogranicza fantastyki i sensacji. Na myśl o porównaniu przychodzi mi tylko seria o Harrym Dresdenie Jima Butchera, ale tamta była bardziej wyrafinowana. Tutaj autor nie cacka się z wyszukanymi sposobami uśmiercania i zadawania bólu. Wystarczy strzała, parę ciosów, a człek już leży. Jak nie, to znaczy, że ma złoty amulet...